„Anora” zdobyła aż pięć Oscarów, obraz został także wyróżniony Złotą Palmą w Cannes. Przywołuje te możliwe najbardziej prestiżowe nagrody nie bez powodu, bo o tym filmie można mówić na dwa sposoby – obiektywnie oraz w konfrontacji z konkurentami, szczególnie w rywalizacji oscarowej.
Tytułowa Anora, przedstawiająca się jako Ani, to dwudziestokilkuletnia tancerka erotyczna z imigranckim tłem. Dziewczyna poznaje Ivana, syna obrzydliwe bogatych i wpływowych rosyjskich oligarchów. Ten po upojnej nocy „wynajmuje” ją na wyłączność. Beztroski tydzień, kipiący seksem i wszelkimi możliwymi używkami, kończy się... ślubem w Vegas. Rodzice chłopaka zrobią wszystko (!) by małżeństwo unieważnić. Do tego zadania delegują osobliwie nieudolnych pracowników, którym już na początku gubi się… Ivan. Rozpoczyna się szalony pościg za chłopakiem.
Nie pamiętam, czy miałem dotychczas równie wielki problem z oceną jakiegokolwiek filmu. Owszem, jestem pewien, że obejrzałem bardzo dobry film o wartkiej, wciągającej akcji, ale… gdy porównam „Anorę” z „Brutalistą”, „Substancją”, „Emilia Pérez” albo drugą „Diuną” to wątpliwości niemiłosiernie się mnożą. Przy czym nie mam na myśli aspektów realizacyjnych, bo te przecież nie świadczą o sile filmu, ale o wartościach opowieści.
Zanim „Anorę” obejrzałem, myślałem, że kluczem sukcesu filmu jest wyszydzenie rosyjskich oligarchów, a to jest w cenie w obliczu wojny w Ukrainie. To jednak nie to. Mogliby być bogatymi Żydami, sycylijską mafią, albo Saudyjczykami i nie miałoby to żadnego wpływu na fabułę. Rzekomo tym społecznym kluczem sukcesu jest ilustracja klasowości amerykańskiego społeczeństwa, szczególnie imigrantów. Swoją drogą, to nic nowego czy odkrywczego we współczesnym kinie. Zresztą portrety społecznych nizin dominują w poprzednich filmach Bakera.
Pierwsze 40 minut filmu to nieustająca impreza z lejącym się strumieniami alkoholem, pełna namiętności i ostrego seksu. Wszystko ocieka nielimitowaną kasą! Dzięki dynamice i atmosferze stajemy się jej mimowolnymi uczestnikami. Tu warto dodać atmosferę zdjęć Drew Daniels’a oraz świetną muzykę Josepha Capalbo.
Gdy w nowojorskiej willi Zakharov’ów zjawią się Garnik z Igorem, a później Toros, charakter opowieści diametralnie się zmieni. Są tu nawet momenty przypominające totalny rozpierdol znany z finałowych scen filmów Quentina Tarantino. Szybko jednak próby odnalezienia Ivana, a później konfrontacja z jego rodzicami przyjmą barwy naiwnej komedii, a ilość gagów i infantylnych pomysłów zacznie irytować. Ciągle pobrzmiewa mi w uszach ironiczny komentarz widza z jakiegoś filmowego portalu, że akcja „Anory” przypominała mu momentami „Kevina, samego w domu”. Niestety, coś w tym jest. W poważniejszym odbiorze nie pomaga ubogość języka – większość bohaterów średnio mówi po angielsku, więc mamy takie anglo-rosyjskie hybrydy na poziomie A1. W porywaniu z intelektualnymi dysputami bohaterów „Brutalisty” to literacka mielizna.
Byłem pewien, że aktorskiego Oscara zgarnie Demi Moore za brawurową kreację w „Substancji”. Anora – Mikey Madison swoją rolę konstruuje poprawnie, ale nie ma w tym brawury. Aktorka świetnie sportretowała narastające napięcie, wkurw, a wreszcie absolutną beznadzieję swojej postaci. By zrozumieć istotę siłę tej kreacji trzeba zobaczyć ostatnie 5 sekund filmu. Mark Eydelshteyn jako Ivan błyszczał na ekranie w pierwszej, „rozrywkowej” części filmu, w drugiej praktycznie zgasł, znikł. Znakomite są postaci trójki rosyjskich rzezimieszków – Karren Karagulian vel Toros, Vache Tovmasyan jako Garnik i Yura Borisov – Igor. Na zmianę śmieszą i przerażają, a ich niekończące się tyrady słowne i zamieszanie jakie potrafią wywołać są rewelacyjne. Darya Ekamasova sportretowała nieznoszącą sprzeciwu matkę Ivana, Galinę Zakharovną, dość grubą krechą i to środkami przynależnymi płytkiemu sitcomowi.
„Anora” to współczesna baśń o „Kopciuszku”, ale bez szczęśliwego zakończenia. „Anora” to smutny obraz kondycji współczesności. „Anora” to wreszcie mocna rozmowa o granicach moralności i empatii. Mimo moich wątpliwości polecam obejrzeć. Film zszedł już z ekranów kin, ale jest dostępny w wielu platformach streamingowych.




